Dziś trochę inaczej. W zasadzie nie rozumiem do końca jaki bodziec sprawił, że postanowiłam napisać artykuł z kategorii „przemyślenia” łamane przez „wellness”, ale najwidoczniej coś długo dojrzewało we mnie, żeby rzucić światło na pewne mechanizmy i dać temu upust. Nie będzie o samym algorytmie czy SoMe, ale przede wszystkim o konflikcie, który dotyczy coraz większej ilości ludzi. Konflikcie między autentycznym tworzeniem a koniecznością nieustannego „opakowywania” siebie i swojej twórczości pod system, który nagradza copy-paste, szybkość i uwagę zamiast znaczenia. Co zrobić, żeby nie wpaść w skrajność „albo gram według zasad algorytmu albo kompletnie znikam”? Jak zostać w tym kole, ale odmówić mu prawa do definiowania Twojej wartości?
W świecie zdominowanym przez algorytmy musisz nauczyć się traktować telefon trochę tak, jak on traktuje ciebie – chłodno, świadomie i bez sentymentu. To może być trudne, jesteś w końcu tylko człowiekiem, ale to o czym dziś napiszę być może zmieni Twoje spojrzenie na zjawisko dziejące się podskórnie już od dłuższego czasu.
Skąd ten pomysł?
Nie, telefon sam w sobie jest czymś złym. Ale jeśli pozwolisz mu wejść za głęboko, zacznie dyktować ci rzeczy, których nigdy świadomie byś od siebie nie wymagał.
Mam takie przemyślenie, że świadomość mechanizmów, o których dziś piszę i kilka sposobów, które przez lata (w zasadzie ponad 17 lat) wypracowałam jako osoba tworząca w internecie, pozwolą ci uniknąć radykalnych decyzji, do których coraz więcej osób dochodzi w wyniku przebodźcowania. Zaczynam odnosić wrażenie, że wielu z nas – z małymi wyjątkami – nie chce już nawet korzystać z internetu. Chce po prostu przestać czuć się przez niego źle.
Jeśli to czytasz, mam dla Ciebie smutne wieści. Prawdopodobnie nadal jesteś aktywnym uczestnikiem tego wielkiego, samonapędzającego się koła, do którego wielu z nas zostało wrzuconych jeszcze wtedy, kiedy byliśmy dzieciakami i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, czym ono właściwie jest. Masz w końcu Substacka. To żadna różnica pomiędzy całą resztą małpich gajów.
Internet, do którego kiedyś wchodziliśmy z ciekawością, nadzieją i poczuciem, że właśnie otwiera się przed nami ogromna przestrzeń możliwości – już nie istnieje. Nie w takiej formie, w jakiej go sobie wyobrażaliśmy.
SoMe przestały być przestrzenią spotkań – teraz to nic innego jak przestrzeń dystrybucji. Wszystko – bez wyjątku – musi zostać zmierzone, zoptymalizowane, przeliczone na wyświetlenia, kliknięcia, czas oglądania, udostępnienia i kolejny bullshit, który – mind u – jest już nawet dokładnie wypisywany w ustawieniach publikowanych treści. Dosłownie możesz zobaczyć, jak sobie radzisz, małpko. Systemu nie obchodzi czy coś, co wrzucasz jest wartościowe. Jedyne co się liczy to czy ludzie (ekhem) zatrzymują na tym wzrok (ekhem) wystarczająco długo. Spora różnica, cnie?
Kiedy najważniejszym kryterium staje się zdolność do przyciągnięcia uwagi, naturalną konsekwencją jest produkowanie rzeczy, które tę uwagę będą przyciągać. Nie treści, które wymagają czasu. Content, z którym ktoś mógłby się w pełni utożsamić, zmusić kogoś do zatrzymania się albo nawet – powrotu jest bezwartościowy w porównaniu do rzeczy, które działają natychmiast. Ma być szybko, głośno i prosto. Małpi gaj.
I tym oto sposobem wartości, które systematycznie nagradzają nasz układ nerwowy to kolejny film, kolejny trend, kolejny dźwięk, kolejna znajoma rzecz pokazana po raz enty tylko w innym formacie. Kiedyś spisywanie pracy domowej tylko tak, żeby nikt się nie zorientował było powodem do żartów. Dziś to forma „tworzenia” dla setek milionów osób. Każdy twórca, który chce robić coś naprawdę swojego, zna to uczucie. Możesz spędzić godziny nad czymś, wkładać w to emocje, swoje poczucie estetyki, doświadczenie, czasami cenny kawałek swojej własnej duszy. Czujesz, że to co robisz jest spójne z tym co chcesz pokazać, publikujesz i co? Cisza.
Chwilę później widzisz, że kolejny materiał zrobiony dokładnie tym samym schematem (a czasami nawet z Twoim własnym zdjęciem) dostaje miliony reakcji. Co do chuja. I wtedy, w Twojej głowie pojawia się pytanie: czy moje treści naprawdę są bezwartościowe czy po prostu nie robię czegoś, co mogłoby pchnąć im wiatr w żagle? Tu zaczyna się problem.
Jesteś między młotem a kowadłem. Bo przecież wpadnięcie w wir tworzenia właściwego opakowania i tańczenie pod cudzą muzykę jest proste.
Wczoraj zobaczyłam post Zone.Publishing, który sprowokował mnie do tych przemyśleń. Nie będę powtarzać jego argumentacji słowo w słowo, bo warto przeczytać go samemu, ale jego sedno dotyczy właśnie tego paradoksu: z jednej strony twórcy mają obsesję na punkcie zasięgów, udostępnień i trendów, z drugiej – oczekują, że sama jakość ich pracy wystarczy, żeby świat się o nią upomniał.
„Nic tak nie mówi ‚cenię własną sztukę’ jak błaganie obcych ludzi o udostępnienia na żenujących rolkach na Instagramie, żeby skopiowali link, a potem nawet nikomu go nie wysłali. Do tego te wszystkie filmiki ‚sztuka kontra artysta’ z tą samą piosenką i cała reszta tego „pokazywania dzieła” i podobnych rzeczy…
Proszę. Nienawidzę tego wszystkiego z całego serca. Po prostu rób swoje, miej trochę szacunku do siebie i swojej pracy. Docieraj do ludzi i rzeczywistości, na których naprawdę ci zależy, angażuj się w prawdziwe rozmowy. Im bardziej poddajemy się tym idiotycznym trendom, tym trudniej będzie nam odnaleźć wartość i znaczenie w naszej sztuce. Poza tym jesteś częścią powodu, dla którego ta aplikacja zamieniła się w maszynę do produkowania krótkich filmików.
Dla kogo właściwie robisz to wszystko? Dla siebie? Świetnie. Dla innych? Wszyscy tak robimy. Ale nakłanianie ludzi do ‚kliknięcia i udostępnienia’, żeby twoją pracę zobaczyło więcej osób… i co dalej? Więcej ludzi, którzy będą klikać i udostępniać? Twoja praca jest teraz znana 4 miliardom ludzi – i co? Nadal jest dokładnie tym samym.
Z drugiej strony są też ludzie tak skupieni na swojej pracy, że kompletnie nie interesuje ich robienie czegokolwiek, żeby dotarła do innych. Siedzą na swojej samozwańczej kopalni złota, wściekli na świat, bo nikt nie dobija się do ich drzwi, nie obsypuje ich pieniędzmi, możliwościami i pochwałami, na które ich zdaniem zasługują.
Oto złoty środek: to, czy twoja praca jest dobra, czy nie, nie zależy od nikogo. Jedyną ważną rzeczą jest to, że ty czujesz się z nią dobrze i że dała ci coś podczas jej tworzenia. Albo że dała ci więcej, niż ci odebrała. Wybieraj te środowiska i miejsca, których wartości są zgodne z twoimi i które – jak sądzisz – zrozumieją to, co robisz. Docieraj do nich i stwórz fajną stronę internetową, na której twoja sztuka będzie mogła istnieć, bez algorytmów mediów społecznościowych.
Rozmawiaj o niej i rozpowszechniaj informacje. Nie myśl, że jesteś kimś tylko dlatego, że ludziom zależy. I nie myśl, że jesteś nikim tylko dlatego, że nikomu nie zależy.
„Ale ja już robię to wszystko dla siebie i dla ludzi, którzy mogą to zrozumieć. Te wszystkie trendujące filmiki robię tylko po to, żeby coś sprzedać i przetrwać”.
Rozumiem… Osobiście uważam, że demoralizujące jest poddawanie się rzeczom, które robią dziś miliony innych ludzi, i które jutro nie będą już przez nich robione – tylko po to, żeby zdobyć uwagę. Jestem pewien, że możesz wymyślić o wiele więcej sposobów na prezentowanie swojej pracy i wypuszczanie jej w świat.”
Nie mówię, że masz wyjść z symulacji. Wręcz przeciwnie, uważam, że trzeba gdzieś pokazywać swoją pracę, mówić o niej, wysłać ją w świat. Ale wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach szukanie ludzi, którzy mogą się nią faktycznie zainteresować jest cholernie trudne. Nie wspominając o budowaniu koherentnej przestrzeni, w której zostaną.
Czym innym jest promowanie własnej pracy, a czym innym jest powolne, bezmyślne podporządkowywanie całego procesu twórczego temu, co akurat premiuje platforma. Granica między chęcią, żeby Twoją twórczość zobaczyli inni a sposobem, w jaki ją pokazujesz jest bardzo cienka. I może się zdarzyć, że ten sposób zacznie zmieniać cały core tego, co chcesz pokazać.
Przestań zastanawiać się czy coś jest „wystarczająco dobre” pod rolkę. Nie wpadaj w pętlę odpowiedniego początku, pierwszych trzech sekund zatrzymujących uwagę, zastanawiania się czy możesz zrobić z tego viralową, wpasowującą się w aktualne trendy „serię”. Wybieraj dźwięki bez potencjału. Nie myśl o algorytmie, ludziach i nie zadawaj sobie pytania czy ludzie będą chcieli to udostępnić. Część Twoich obserwujących nie jest nawet ludźmi. I said what i said.
Bo jeśli dojdziesz do punktu, w którym przestaniesz zadawać sobie pytanie „co chcę powiedzieć”, a zaczniesz się trzymać natrętnego „co zadziała tym razem”, w mojej opinii przestaniesz być człowiekiem. Staniesz się elementem gry.
Mam wrażenie, że ten wewnętrzny absurdalny dialog to resztki mojego człowieczeństwa. Czy to, co tworzę jest konsekwencją mojej wizji, doświadczeń i zainteresowań, czy może jest tylko kolejną wersją czegoś, co zobaczyłam wcześniej i nieświadomie przetworzyłam.
Czy naprawdę chcę zrobić ten film czy po prostu wiem, że taki film może mieć większe szanse na wyświetlenia? Czy pokazuję swoją pracę? Czy zaczynam produkować treści, które mają jedynie doprowadzić ludzi do mojej pracy?
To pytania, które potrafią odebrać całą przyjemność z tworzenia. Zwłaszcza kiedy wiesz, że materiał, który jest absolutnie spójny z tobą, może zobaczyć kilkanaście osób, podczas gdy coś zrobione według gotowego schematu może w ciągu kilku godzin dotrzeć do milionów. Tak, milionów.
Tu jest sedno całej tej frustracji. Dlaczego dostęp do ludzi, którzy mogliby naprawdę zrozumieć moją pracę ma być uzależniony od tego, jak dobrze nauczę się obsługiwać zrobotyzowaną machinę? Dlaczego mam płacić pieniędzmi, czasem, energią i kawałkami własnej tożsamości za możliwość dotarcia do ludzi, którzy być może i tak są gdzieś po drugiej stronie? Dlaczego niejednokrotnie organicznie wypracowane zasięgi budują jeszcze większy level stresu niż satysfakcji? Dlaczego zaczęliśmy utożsamiać zasięg z wartością?
To, że coś zobaczyło milion osób, nie oznacza, że było dla nich ważne. Wręcz przeciwnie, większe zasięgi generują jeszcze więcej problemów. To, że coś zobaczyło pięć osób, nie oznacza, że było bezwartościowe.
Liczba odbiorców mówi o liczbie odbiorców. Nie mówi o znaczeniu.
I wiem, że to brzmi banalnie, dopóki nie zobaczysz, jak bardzo sami pozwoliliśmy platformom wmówić sobie coś przeciwnego. Przez lata uczono nas patrzeć na własną pracę przez pryzmat cyferek. Wyświetlenia, lajki, komentarze, zapisania, udostępnienia. Cały system został skonstruowany tak, żeby każda publikacja mogła natychmiast stać się małym egzaminem z własnej wartości.
Dobre wyniki? Jesteś dobry. Słabe? Może powinieneś coś zmienić. Jeszcze jeden post, kolejny eksperyment, kolejna próba stworzenia trendu. Zaczynasz optymalizować nie tylko swoją twórczość, ale też samego siebie. Jeśli chcesz nadal w tym uczestniczyć, musisz wypracować własny system obronny.
Dla mnie pierwszym krokiem jest odebranie temu wszystkiemu statusu czegoś ważnego. Telefon, SoMe – to tylko narzędzia. Algorytm to mechanizm. Żadne z nich nie powinno być miernikiem twojej pracy. Twórz, publikuj, pozwól temu istnieć i odejdź. Nie siedź jak ta małpa sprawdzając czy właśnie wydarzyło się twoje małe cyfrowe zwycięstwo albo katastrofa. Zrób swoje i wróć do życia, najlepiej tego, które nie świeci niebieskim światłem.
Spacer to dobra opcja. Połączony z czytaniem – jeszcze lepsza. Porozmawiaj z kimś, zrób zdjęcie – takie, którego nie musisz natychmiast publikować. Stwórz coś, czego nikt nie zobaczy. Posłuchaj muzyki, pograj w coś. To właśnie tam zaczyna się odzyskiwanie samego siebie.
Nie każdy z nas przejdzie nagle zbiorowe przebudzenie. Nie każdy z nas jednocześnie twierdzi, że nie chce być już karmiony tym samym syntetycznym, powtarzalnym i zaprojektowanym pod uwagę contentem. To koło ruszyło i się nie zatrzyma. Nie widzę już świata bez kolejnych trendów, formatów, sposobów zatrzymywania nas przez ekranem z instrukcjami na temat tego jak mamy wyglądać, mówić, tworzyć i sprzedawać swój czas.
Możemy natomiast zdecydować, ile miejsca zajmie to w naszym własnym życiu i nauczyć się korzystać z tego systemu bez oddawania mu prawa do definiowania tego, kim jesteśmy. Fajnie jest kiedy ktoś zobaczy to, co tworzysz, ale nie uzależniaj wartości swojej pracy od tego ile ludzi ją zobaczy. Czasami coś niesamowicie dobrego zwyczajnie nie siedzi sile wyższej. Algorytmowi. To nie jest problem, który musisz naprawić. Największym aktem buntu nie jest usunięcie wszystkich aplikacji. Czasami jest nim pozostanie w tym świecie z trzeźwą głową.
Nie chcę budować swojego poczucia własnej wartości wewnątrz systemu, który został zaprojektowany przede wszystkim po to, żeby zatrzymać moją uwagę. Mogę korzystać z jego narzędzi, mogę się w nim poruszać według własnych zasad, czasami nawet grać według jego zasad. Ale nie zamierzam mylić tej gry z rzeczywistością.
To nie mój cyrk i nie moje małpy.
*
Today, a little differently. I don’t entirely understand what impulse made me decide to write an article from the “thoughts” category crossed with “wellness,” but apparently something had been maturing inside me for a long time, waiting to shed some light on certain mechanisms and give them an outlet.
It won’t be about the algorithm itself or SoMe, but primarily about a conflict that concerns an increasing number of people. A conflict between authentic creation and the necessity of constantly “packaging” yourself and your work for a system that rewards copy-paste, speed, and attention instead of meaning. What do you do so you don’t fall into the extreme of “either I play by the algorithm’s rules or I disappear completely”? How do you stay in this loop while refusing to give it the right to define your worth?
In a world dominated by algorithms, you have to learn to treat your phone a little the way it treats you – coldly, consciously, and without sentiment. It may be difficult, you are only human after all, but what I’m going to write about today may change the way you look at a phenomenon that has been happening beneath the surface for quite some time.
Where did this idea come from?
No, the phone itself is not something bad. But if you let it get too deep into your life, it will start dictating things to you that you would never consciously demand of yourself.
I have this thought that awareness of the mechanisms I’m writing about today, along with a few methods that I have developed over the years (in fact, over 17 years) as someone creating on the internet, will allow you to avoid the radical decisions that more and more people are reaching as a result of overstimulation. I’m starting to get the impression that many of us – with a few exceptions – don’t even want to use the internet anymore. We simply want to stop feeling bad because of it.
If you’re reading this, I have some sad news for you. You’re probably still an active participant in this huge, self-perpetuating loop that many of us were thrown into back when we were kids and didn’t even realize what it actually was. After all, you have Substack. There’s no difference between it and all the rest of the monkey playgrounds.
The internet we once entered with curiosity, hope, and the feeling that an enormous space of possibilities was just opening up before us – no longer exists. Not in the form we imagined it.
SoMe has stopped being a space for meeting people – now it’s nothing more than a space for distribution. Everything – without exception – has to be measured, optimized, converted into views, clicks, watch time, shares, and another piece of bullshit that – mind you – is now even explicitly listed in the settings of published content. You can literally see how you’re doing, little monkey. The system doesn’t care whether something you post is valuable. The only thing that matters is whether people (ahem) stop looking at it (ahem) for long enough. Quite a difference, innit?
When the most important criterion becomes the ability to attract attention, the natural consequence is producing things that will attract that attention. Not content that requires time. Content that someone could fully identify with, force someone to stop for a moment, or even – come back to is worthless compared to things that work instantly. It has to be fast, loud, and simple. Monkey playground.
And this is how the things that systematically reward our nervous system become another video, another trend, another sound, another familiar thing shown for the umpteenth time, just in a different format. Once, copying homework down in such a way that nobody would notice was a reason for jokes. Today, it’s a form of “creating” for hundreds of millions of people. Every creator who wants to do something truly their own knows that feeling. You can spend hours working on something, pouring emotions into it, your sense of aesthetics, your experience, sometimes a precious piece of your own soul. You feel that what you’re doing is consistent with what you want to show, you publish it, and what? Silence.
A moment later, you see that another piece of content made according to exactly the same formula (and sometimes even using your own photo) gets millions of reactions. What the fuck. And then, in your head, the question appears: are my pieces of content really worthless, or am I simply not doing something that could give them a push in the right direction? This is where the problem begins.
You’re between a rock and a hard place. Because falling into the whirlpool of creating the right packaging and dancing to someone else’s music is easy.
Yesterday I saw a post by Zone.Publishing that provoked these thoughts in me. I won’t repeat its argument word for word, because it’s worth reading for yourself, but its essence is precisely about this paradox: on the one hand, creators are obsessed with reach, shares, and trends; on the other – they expect the quality of their work alone to be enough for the world to come looking for it.
Wyświetl ten post na Instagramie
I’m not saying you should leave the simulation. Quite the opposite, I think you need to show your work somewhere, talk about it, send it out into the world. But it seems to me that these days, finding people who might actually be interested in it is fucking difficult. Not to mention building a coherent space where they will stay.
Promoting your own work is one thing, and slowly, mindlessly subordinating the entire creative process to whatever the platform happens to reward is another. The line between wanting other people to see your work and the way you show it is very thin. And it may happen that this way of showing it starts changing the entire core of what you want to show.
Stop wondering whether something is “good enough” for a Reel. Don’t fall into the loop of the right opening, the first three seconds that hold attention, wondering whether you can turn it into a viral “series” that fits whatever is trending right now. Choose sounds with no potential. Don’t think about the algorithm, people, and don’t ask yourself whether people will want to share it. Some of your followers aren’t even people. I said what I said.
Because if you reach the point where you stop asking yourself “what do I want to say?” and start clinging to the intrusive “what will work this time?”, in my opinion you will stop being human. You will become an element of the game.
I have a feeling that this absurd internal dialogue is the remnants of my humanity. Is what I create a consequence of my vision, experiences, and interests, or is it just another version of something I saw before and unconsciously processed.
Do I really want to make this video, or do I simply know that this kind of video has a better chance of getting views? Am I showing my work? Or am I starting to produce content whose sole purpose is to lead people to my work?
These are questions that can take all the pleasure out of creating. Especially when you know that something that is absolutely consistent with who you are may be seen by a dozen people, while something made according to a ready-made formula can reach millions within a few hours. Yes, millions.
This is the heart of all this frustration. Why should access to people who might genuinely understand my work depend on how well I learn to operate a robotic machine? Why am I supposed to pay with money, time, energy, and pieces of my own identity for the possibility of reaching people who may already be somewhere on the other side anyway? Why do organically built reach and visibility so often create an even higher level of stress than satisfaction? Why have we started equating reach with value?
The fact that something was seen by a million people doesn’t mean it was important to them. Quite the opposite, greater reach generates even more problems. The fact that something was seen by five people doesn’t mean it was worthless.
The number of viewers tells you the number of viewers. It doesn’t tell you anything about meaning.
And I know this sounds banal until you see just how much we ourselves have allowed platforms to convince us of the opposite. For years, we have been taught to look at our own work through the lens of numbers. Views, likes, comments, saves, shares. The whole system has been designed so that every post can instantly become a little exam of your own worth.
Good results? You’re good. Bad results? Maybe you should change something. Another post, another experiment, another attempt to create a trend. You start optimizing not only your work, but yourself. If you want to keep participating in this, you have to develop your own defense system.
For me, the first step is taking away its status as something important. The phone, SoMe – they’re just tools. The algorithm is a mechanism. Neither of them should be a measure of your work. Create, publish, let it exist, and walk away. Don’t sit there like a monkey checking whether your little digital victory or catastrophe has just happened. Do your thing and go back to life, preferably the kind that doesn’t glow blue.
Going for a walk is a good option. Combined with reading – even better. Talk to someone, take a photo – one you don’t have to publish immediately. Create something no one will see. Listen to music, play something. This is where you start getting yourself back.
Not all of us are going to experience a collective awakening overnight. Not all of us simultaneously claim that we no longer want to be fed the same synthetic, repetitive, attention-designed content. This wheel has started turning and it isn’t going to stop. I no longer see a world without more trends, formats, and ways of keeping us in front of a screen with instructions on how we are supposed to look, speak, create, and sell our time.
But we can decide how much space this takes up in our own lives and learn to use this system without giving it the right to define who we are. It’s nice when someone sees what you create, but don’t make the value of your work dependent on how many people see it. Sometimes something incredibly good simply doesn’t sit right with the higher power. The algorithm. That’s not a problem you need to fix. The greatest act of rebellion isn’t deleting every app. Sometimes it’s staying in this world with a clear head.
I don’t want to build my sense of self-worth inside a system that was designed primarily to keep my attention. I can use its tools, I can navigate it according to my own rules, sometimes even play by its rules. But I’m not going to confuse this game with reality.

Not my circus, not my monkeys.


