Kilka słów o super tanim kosmetyku, o którym dowiedziałam się dzięki Magdalenie Frąckowiak.

Pamiętacie stare dobre czasy, zanim Magda zniknęła z mediów społecznościowych? Wtedy to było. Uwielbiałam oglądać jej stories miedzy innymi ze względu na niepowtarzalna atmosferę, jaka potrafiła rozwinąć wokół swojej osoby. Było w tym trochę zadziory, trochę self-care, trochę kobiecości. Z ciekawością notowałam wszelkie beauty-haki z jej polecenia, by moc je później samodzielnie wypróbować.

Jednym z kosmetyków, których uniwersalne zastosowanie odkryłam dzięki supermodelce, jest Linomag. Wcześniej znałam tę maść tylko z zastosowań stricte medycznych – polecił mi ją chirurg do smarowania okolic nosa (po zabiegu prostowania przegrody nosowej). Nie wiedziałam wówczas, że warto Linomagiem smarować wszelkie problematyczne miejsca na twarzy. Tę maść można używać jako olejek do twarzy, pomadkę regenerującą na usta, miejscowy krem na przebarwienia, krem pod oczy i na wiele wiele innych sposobów. Działa silnie regenerująco i pozostawia skórę jedwabiście gładką. Jest bogaty w witaminę F, lanolinę i wazelinę, które wspierają prawidłowy metabolizm lipidów w skórze.

Jeśli obserwujecie mojego bloga od dłuższego czasu, wiecie, ze moją największą zmorą są przesuszające się usta. Problem ten nie jest co prawda tak uciążliwy jak za czasów mojej przygody z izotretynoiną, jednak nadal istnieje. Istniał zresztą na długo przed jakakolwiek świadomą pielęgnacją z mojej strony, czego dowodem może być chociażby fakt iż już w dzieciństwie moja mama przy każdej możliwej okazji na mój widok powtarzała „posmaruj usta”. Moje wargi są wręcz poprzecinane (?) na całej długości – if you know what i mean – i jeśli nie nawilżam ich odpowiednio, prędzej czy później pękają :). Do krwi :).

 

    Nie jest to zbyt przyjemne, ale jednocześnie fakt, iż moje usta są tak wymagające, sprawił, ze mogę się wypowiedzieć na temat niemalże każdego produktu do pielęgnacji istniejącego na naszym (i nie tylko) rynku. Peelingi, pomadki, kremy, balsamy – to wszystko za mną. Ostatnimi czasy przerzuciłam się na dość radykalne metody i peelingowałam usta elektryczną szczoteczka do ust na przemian z gruboziarnistym cukrem. Poprawa? Do następnego dnia. Ja naprawdę nie mam już do tego siły, a jedynym pocieszeniem jest fakt iż zdecydowana większość czasu na zewnątrz spędzamy w maseczkach, wiec nie musze się zbytnio przejmować stanem pomadki na wargach. Zwyczajnie ich nie maluję. W zasadzie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pomalowała usta z komfortem psychicznym i świadomością, ze produkt – ze względu na stan moich warg – po czasie się nie zrolluje wraz z wiecznie schodzącym naskórkiem.

    Pewnego wieczoru, z ciekawości posmarowałam wargi Linomagiem. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo niewielka zmianę ujrzałam następnego ranka.

W związku z powyższym postanowiłam dokładniej przyjrzeć się składowi tego specyfiku…

100 g maści zawiera: 

– substancję czynną: olej lniany pierwszego tłoczenia z Linum usitatissimum L., semen (nasienie lnu zwyczajnego),  (3:1) – 20 g 

– substancje pomocnicze: lanolina bezwodna, wazelina biała

    Właściwości oleju lnianego są bardzo liczne. Nienasycone kwasy tłuszczowe z uwagi na fakt, że są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu określane są jako witamina F. Olej lniany jest źródłem witaminy E zwanej inaczej tokoferolem, która wykazuje działanie antyoksydacyjne, przeciwstarzeniowe oraz warunkuje prawidłowy wygląd skóry. Lanolina przyspiesza gojenie się ran i łagodzi stany zapalne, natomiast wazelina pełni funkcję ochronną. W związku z tym, ze Linomag posiada w swoim składzie wazelinę, świetnie sprawdzi się w tzw. „sloggingu”.

    Poprzez termin „slogging” rozumiemy zabieg kosmetyczny z użyciem wazeliny bądź kosmetyku z wazelina w składzie. Polega on na tym, że na oczyszczoną uprzednio skórę nakłada się silnie nawilżająca i odżywiająca emulsję, a następnie, kiedy się już wchłonie, zabezpiecza się skórę wazeliną tworząc swego rodzaju „maskę”. Warstwa wazeliny intensyfikuje działanie kremu lub emulsji. Jest to bardzo prosty i całkowicie bezpieczny zabieg, który można wykonywać zarówno w gabinecie kosmetycznym, jak i w zaciszu własnej łazienki.

To tyle. Wypróbujcie sobie Linomag na własnej skórze. Polecam.