Powrót do blogosfery, albo może lepiej „influorosfery” po kilku miesiącach nieaktywności był dla mnie ogromnym szokiem (można by powiedzieć termicznym). To, w jakim tempie rozwija się internetowy świat momentami mrozi mi krew w żyłach. Z jednej strony jest to ekscytujące, z drugiej natomiast sprawia, że mam ochotę powyłączać wszystkie media społecznościowe i żyć w błogiej sielance i nieświadomości na temat tego, co dzieje się w sieci.
Nie zrozumcie mnie źle, ale widok początkujących blogerek biegnących po trupach do celu, zwyczajnie zniechęca mnie do uczestniczenia w tym dziwnym i groteskowym wyścigu szczurów. Inaczej nie da się tego nazwać. Jest to wyścig szczurów. O to, kto najszybciej zrecenzuje dany kosmetyk, kto odkryje nowość, kto dostanie collab czy darmoszkę (nazywaną współcześnie [jak się niedawno dowiedziałam] „paczuszką PR”)… Widok ludzi kolekcjonujących kolosalne ilości kosmetyków, których nawet nie zdążą zużyć przed upływem terminu zdatności przeraża mnie najbardziej, dlatego w dzisiejszym, nieco odstającym od reszty artykule chciałabym opowiedzieć Wam, czym dla mnie jest ten blog. I nakreślić, dlaczego stoi on w wyraźnej opozycji do tego, co w dużej mierze poznaliście dotychczas…




