czym dla mnie jest hairoutine

Powrót do blogosfery, albo może lepiej „influorosfery” po kilku miesiącach nieaktywności był dla mnie ogromnym szokiem (można by powiedzieć termicznym). To, w jakim tempie rozwija się internetowy świat momentami mrozi mi krew w żyłach. Z jednej strony jest to ekscytujące, z drugiej natomiast sprawia, że mam ochotę powyłączać wszystkie media społecznościowe i żyć w błogiej sielance i nieświadomości na temat tego, co dzieje się w sieci.

Nie zrozumcie mnie źle, ale widok początkujących blogerek biegnących po trupach do celu, zwyczajnie zniechęca mnie do uczestniczenia w tym dziwnym i groteskowym wyścigu szczurów. Inaczej nie da się tego nazwać. Jest to wyścig szczurów. O to, kto najszybciej zrecenzuje dany kosmetyk, kto odkryje nowość, kto dostanie collab czy darmoszkę (nazywaną współcześnie [jak się niedawno dowiedziałam] „paczuszką PR”)… Widok ludzi kolekcjonujących kolosalne ilości kosmetyków, których nawet nie zdążą zużyć przed upływem terminu zdatności przeraża mnie najbardziej, dlatego w dzisiejszym, nieco odstającym od reszty artykule chciałabym opowiedzieć Wam, czym dla mnie jest ten blog. I nakreślić, dlaczego stoi on w wyraźnej opozycji do tego, co w dużej mierze poznaliście dotychczas…

WŁOSY: KWIECIEŃ 2022

Aż trudno uwierzyć, że od ostatniej aktualizacji minęło siedem miesięcy. Totalnie nie wiem jakim cudem pominęłam tę wyjątkowo ważną (xd) serię na blogu. Ale, ale. Wszystko da się nadrobić i od teraz postaram się, żeby aktualizacje pojawiały się standardowo, co miesiąc. Co z tych obietnic wyjdzie, zobaczymy w maju, tymczasem serdecznie zapraszam do czytania.