To jedna z tych notek, w których podsumowuję pielęgnację włosów, które powinnam podciąć.

Oesu, jak ja nie cierpię tego momentu. Momentu samouświadomienia. My, dziewczyny, lubimy sobie od czasu do czasu poegzystować w błogim samo-zaprzeczeniu, udając, że jakiś problem wcale nas nie dotyczy, albo, że znajomi wokół go wyolbrzymiają. Ja tak miałam z włosami, do pewnego momentu. Właściwie do połowy lutego, kiedy to spotkałam się z jedną ze znajomych na koncercie.

To jedna z tych notek, w których podsumowuję pielęgnację włosów.

Jeez, dzisiejszy wpis wbija z lekkim opóźnieniem, a to dlatego, że znowu dopadła mnie jakaś wielka pustka, jeśli chodzi o wenę pisarską. Ile można pisać o włosach? Odrost sięga mi już do kości obojczykowych i gdybym nie była wytrwałym zawodnikiem, pewnie ścięłabym całą farbowaną część, żeby koniec końców paradować w naturalnym kolorze, ale…

Nie zrobię tego. Nah, noupgh, noh. Wytrwam całą zaplanowaną włosową podróż tak, jak ubzdurałam to sobie trzy lata temu podejmując decyzję o zaprzestaniu farbowania i powrocie do naturalek. Pielęgnacja sama w sobie praktycznie niczym nie różniła się u mnie od tej, którą praktykowałam w ubiegłym miesiącu… oh wait, różniła się!