To jedna z tych notek, w których podsumowuję pielęgnację włosów.

Jeez, dzisiejszy wpis wbija z lekkim opóźnieniem, a to dlatego, że znowu dopadła mnie jakaś wielka pustka, jeśli chodzi o wenę pisarską. Ile można pisać o włosach? Odrost sięga mi już do kości obojczykowych i gdybym nie była wytrwałym zawodnikiem, pewnie ścięłabym całą farbowaną część, żeby koniec końców paradować w naturalnym kolorze, ale…

Nie zrobię tego. Nah, noupgh, noh. Wytrwam całą zaplanowaną włosową podróż tak, jak ubzdurałam to sobie trzy lata temu podejmując decyzję o zaprzestaniu farbowania i powrocie do naturalek. Pielęgnacja sama w sobie praktycznie niczym nie różniła się u mnie od tej, którą praktykowałam w ubiegłym miesiącu… oh wait, różniła się!

Rzeczy, o których nie wiedziałam ((a o których chciałabym wiedzieć)) przed farbowaniem włosów „bezbarwną” henną.

Temat związany z hennowaniem moich herów to trochę odgrzewanie starego kotleta na obiad (ostatni raz hennowałam włosy bodajże cztery lata temu), ale rozmowa z jedną ze znajomych uświadomiła mi, że posiadam wiedzę, której zdecydowana większość z Was może nie posiadać. Niedzielenie się taką wiedzą można odbierać za bezczelność – w końcu po to istnieje ten blog- żebym mogła dzielić się z Wami wiedzą, która w jakimś stopniu wpłynęła na moje obecne um, decyzje.